Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TV. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TV. Pokaż wszystkie posty

2014/03/27

The mystery of a mystery novel

Mystery novel to bardzo fajna kategoria, której u nas się nie stosuje. Mówi się o literaturze kryminalnej, literaturze sensacyjnej; w księgarniach pakuje się je do tego samego wora, i dlatego na przysłowiowym jednym dziale w głuchy telefon grają Millenium, Lee Child, Ludlum, Masterton, Cussler, Krajewski i Szmaragdowa tablica. Ciężko byłoby w praktyce coś z tym zrobić (a mówię to tak pewnie, bo sama jestę księgarzę), ale wskazuję ten precedens, bowiem mystery novel to wbrew pozorom określenie bardzo dystynktywne. Kiedy ktoś za swój ulubiony typ książki wskazuje "kryminał", w przeważającej większości przypadków ma właśnie mystery novel na myśli. W mojej opinii mystery novels mają jeden problem, mianowicie: są słabymi książkami.

W tym swoim bardzo generalizującym narzekactwie chcę się odnieść do powieści dzisiejszych, spłodzonych w okresie, powiedzmy, ostatniego dwudziestolecia. Nie myślę o Agacie Christie czy Chandlerze. Raczej będą to wszyscy kumple Castle'a od pokera and beyond; Connelly, Patterson, Lehane, Coben, Gerritsen, sroga seria Skandynawów i tak dalej.

Złoty okres kryminalny przypadł w moim życiu na lata 15-18. Opier*oliłam tego wtedy mnóstwo; przez sceny przemocy a także te na tle erotycznym, książki te często robiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Bardzo pozytywnie wspominam Rzekę tajemnic Dennisa Lehane'a – wydała mi się inną, ambitną, przejmującą książką, a obejrzany później film zawiódł mnie absolutnie (do dziś lubię mówić: "Niby za co Sean Penn dostał tego Oscara!", mimo że szczerze wątpię, by mój odbiór tego obrazu dzisiaj byłby podobny). Kolejną moją lekturą tego autora była Wyspa skazańców (dobry film, prawie bardzo dobry, ale jednak prawie) i wtedy jawiła mi się jako świetna, ale od Rzeki gorsza. [Gdyby ktoś zapytał mnie o opinię dzisiaj, to powiedziałabym, że jest na odwrót, choć wciąż jest to ocena bazująca na lekturze sprzed jakichś dziesięciu lat]. Później przeczytałam Wypijmy, nim zacznie się wojna i taka konwencja detektywów, śledztwa i zabójcy nie przypadła mi do gustu (nie w kontekście takich kozackich oneshotów jak Rzeka i Wyspa). Dla zasady zapoznałam się jeszcze z Ciemności, weź mnie za rękę i utwierdziłam się w przekonaniu, że w ogóle mi się to nie podoba. Nie miały tego, co dwie poprzednie powieści: tajemnicy, nuty wariactwa, niepewności. Teraz określiłabym te przymioty inaczej – jako solidną dozę egzaltacji. ☺

Tylko że to nie jest tak, że te wszystkie książki o detektywach i policjantach i patologach sądowych są pozbawione egzaltacji. Nie są. Są nią przeładowane jak serwery Steama w darmowe weekendy. To właśnie ich największy problem i wskazówka braku jakiegokolwiek wyczucia ze strony autorów. Piszą na poważnie intrygę opierającą się na zakonnicy z silikonowym biustem.

Coben, ulubieniec wszystkich matek, które nie dotarły jeszcze do Skandynawii, pisze książki w takim oto schemacie: Wydarzenie z Przeszłości, Zbudowana Krucha Teraźniejszość, Przeszłość Dogania, Niebezpieczeństwo i Starcie, Happy Ending WITH A TWIST. Problemem nie jest to, że ma schemat i że go powiela i że wszystko wygląda jak ghost written, tylko że robi to tak żenująco (Matt wiedział, że coś się wydarzyło. Coś było nie tak. Teraz wszystko się odmieni...) Z kolei Kobiecy Klub Zbrodni Pattersona to festiwal dialogów, silnych kobiet i zadbanych włosów.

Myślę, że mój własny problem polega na tym, że dzisiaj już nie potrafię czytać mystery novels. Wątpię, by Lehane zrobił na mnie takie wrażenie teraz, na trzeźwo. Z nostalgią (i z nostalgii) pochyliłam się nad jego ostatnią wydaną w Polszy powieścią. Nocne życie okazało się być wyklejoną bez kunsztu i pomysłu mozaiką. Nie jest mystery novel, ale jest powieścią Lehane'a, i jest doprawdy nieciekawą i burą książką. A oceniam ją (i je wszystkie!) tylko pod względem walorów rozrywkowych, nie w kontekście setek lat dorobku literackiego ludzkości.

Oni wszyscy, Rizzoli, Bolitar, Brennan, Mckenzie, dang, nawet Falck, nadają się bardziej na ekran niż na stronice. (Niektórzy się nań dostali, niektórzy nie). Wszystkie te szalone fabuły świetnie by się w tym innym medium odnalazły. Zdecydowanie bardziej wolę dowiedzieć się, kto jest zabójcą, przyglądając się bohaterom i sceneriom, którym sztuka audiowizualna siłą swej natury nadaje jakiś kształt i charakter. Niesamowicie fajnym serialem tzw. kryminalnym jest Castle, którego na drugą stronę mostu przeniósł jakiś anonimowy ghost writer. Niestety, zamiast dowcipnego, bystrego, namacalnego Richarda przytachał tylko jego truchło. Zarówno Fala upału jak i Nagi żar są bezcharakternymi, płaskimi (s)tworkami, pod którymi prawdopodobnie nie podpisałby się nawet Harlan. I po co to?

Do dzisiaj sięgam po jakiś "kryminał", zazwyczaj jest to audiobook, który odsłuchuję w drodze do pracy, lub moja literatura toaletowa (czyli do czytania na kibelku; no już, już, bez oburzeń, każdy taką ma, nie ma co kłamać). Ale jest to relacja bez dreszczy i uniesień. Chyba po prostu wolę sprawną inscenizację morderstwa niż jego niesprawny opis.



2013/01/15

Przegląd fur, którymi dałabym się przelecieć

No dobra, przegląd po prostu najfajniejszych statków kosmicznych, bo niektóre z poniższych słabo kończyły. :/
(w sumie nawet nie wiem czemu numerki, nie planowałam tego jako plebiscytu, but oh well)

1 spaceship per universe!

 5. Dark Athena


Uwielbiam Riddicka i dlatego mimo że jest to świat pełen przemocy, degrengolady i świń, zawsze trafi na moją top listę. Rozmyślałam nad jednym dobrym statkiem i w sumie Dark Athena bije Basilicę na łeb/szyję/nogi/czółki. To jest taki Pegasus (patrz: pozycja numer 2) na którym Helena Cain nie bała się dołożyć do pieca. Niby Necromonger i Revas robili to samo, a jednak kosmiczne piractwo i seksualna rozpusta (ta druga) zawsze wygrają u mnie z rozmemłaną ideologią i bezsensownym questem (ci pierwsi). Och, gdybym tylko nie bała się, że po dwóch dniach na pokładzie skończę jako dron...

4. Serenity


Znany każdemu szanującemu się geekowi statek klasy firefly, który w telewizji przeleciał chyba najkrótszy możliwy dystans. Jeżeli chodzi o przygody załogi, to jak to zawsze w przypadku Whedona bywa, na dwoje babka wróżyła; przyjemność wymiąchana z zażenowaniem. Same postacie jednak na mocnym propsie i dałabym się Simonowi zbadać (względnie Badgerowi – mówię serio). Siedząca na głębokim dnie studni mojej egzystencji romantyczka zaciągnęłaby się na służbę u Richarda Castle, by na pokładzie tego rozklekotanego wehikułu, jakim jest Serenity, wieść życie galaktycznego nomady, przy okazji naprzykrzając się Jayne'owi cały boży dzień. Ech!

3. Ishimura


Uuuu, pieprzona Ishimura pamiętała dobre dni! (Zanim ją rozniosło). Była pierwszym i aż do swojej... nagłej dymisji największym planetołamaczem, jakiego ludzkość zbudowała. Nostromo wyglądałby przy niej jak okutana lianami tratwa. (ofc Nostromo nie był planetołamaczem, analogia jest naciągana i złośliwa) Jakoś tak wszystko co dla Ishimury wymyślono mi się podobało: funkcja, przebieg służby, naukowo–robotnicza załoga, wnętrza i zewnętrze. Jak najbardziej widzę siebie w służbowym uniformie, z rigiem na plecach, przeglądającą log z raportem któregoś majstra z niższego pokładu. Ostatecznie kończę z nekromorfem w kręgosłupie ale takie czasy. Cholera, uwielbiam wypchane dobrym mięsem uniwersa.

2. Galactica


Rozważałam tego nieszczęsnego Pegasusa, ale brońcie mnie bogowie Kobolu przed zwierzchnictwem młodego Adamy; jeśli już, to pod Heleną, przeciw której wystąpiłabym z buntem i w najlepszym wypadku dostała śluzę/kulę w łeb. Wygrała jednak Galactica, na której chcę być usmotruchanym mechanikiem w oczojebnym kostiumie, ale nie takim niewydarzonym niczym jak Cally, a prawą ręką Chiefa Tyrola. Raz w tygoniu stary Adama wymamrocze mi, żebym "keep on doing my job" i generalnie jestem ustawiona. Tak zasadniczo, to ten akurat battlestar jest wyjątkowym statkiem, który nie robi sobie sam, a któremu robią ludzie. Chyba właśnie dlatego go tu mam – za pieroński najlepszy szpaler bohaterów. It's in the frakking ship!

1. Normandy SR-1


Jednym słowem: cacko. Nie takie jak byle jaki Żniwiarz ale jednak cacko. (Wonder Woman latała Normandią) Po tych wszystkich serialach które kazały mi patrzeć, w końcu dostałam jakiś statek w dowództwo i właśnie dlatego SR-1 zawsze będzie moim serduszkiem (mimo że to SR-2 jest rozbuchana i ma EDI). Na jej pokładzie działa się prawdziwa magia i spotkała mnie (to znaczy komandora Sheparda, oczywiście, ale dość dobrze się znamy) jedna z najpiękniejszych przygód w życiu. Zakłuła mnie strasznie jej utrata i mimo że SR-2 była esencjonalnie tym samym, do końca pozostała "tym drugim statkiem". Ja i doktor Chakwas to rozumiałyśmy!